Etykiety

piątek, 2 grudnia 2016

3. Historia Człowieka bez Głowy

- Wychowywałem się w Indiach Wschodnich - Człowiek Bez Głowy zaczął opowiadać, a ja podkuliłem nogi pod siebie i próbowałem wsłuchać się w jego słowa.
- Mieliśmy mały domek z ogrodem tuż przy wielkiej rzece. Matka moja była gospodynią, a ojciec ulicznym aktorem. Często chodziłem z nim na plac targowy, gdzie wspólnie zaklinaliśmy węże, tresowaliśmy małpy i udawaliśmy trędowatych. W taki sposób zarabialiśmy na życie. Niedługo po moich ósmych urodzinach do miasteczka przyjechał cyrk. Nie było nas stać na bilety, więc wieczorami zakradałem się do cyrkowego namiotu. Widziałem tam przecudne rzeczy - tancerki na słoniach, tresowane tygrysy, małpy, konie, dziwnie poubieranych ludzi, strzelające armaty, jednokołowe rowery i znikające przedmioty. Byłem tym zafascynowany!
Człowiek Bez Głowy przerwał opowieść, gdyż Leon zeskoczył z kanapy i podreptał w stronę kuchni. Rozejrzał się dokoła i zamaszystym ruchem otworzył lodówkę. Grzebał w niej dość długo, po czym wyciągnął mrożonego kurczaka, przyjrzał mu się, powąchał i zamruczał. Nawet nie zdążyłem zaprotestować, gdy Kocur otworzył piekarnik i wsunął go do środka.
- Niewychowane kocisko! - Sięgnął po papierośnicę i zapalił kolejnego papierosa.
- Ojciec mój był przedsiębiorczym człowiekiem - odezwał się po chwili. - Podejmował się każdej pracy. Pewnego dnia dostał posadę w miejscowej restauracji. Otrzymał kostium wielkiego kurczaka i w ten sposób miał zapraszać gości na grillowane podroby. Jako dobry aktor dawał z siebie wszystko - paradował po ulicy w przebraniu koguta, recytował wierszyki, śpiewał piosenki, nawet koziołkował po chodniku i zapraszał ludzi, wręczając im promocyjne ulotki i reklamy. Był naprawdę świetny!
- Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż ojciec mój został... zamordowany. Tak, tak! Został zamordowany przez cyrkowego tygrysa! Pamiętam, że niosłem mu wtedy herbatę w imbryku. Podskakiwałem sobie wesoło, gdy nagle dobiegł mnie odległy krzyk ludzi. Udałem się w tamtym kierunku. Gapie tłoczyli się wokół czegoś, co leżało na ulicy. Pomyślałem, że to pomięte żółte prześcieradło, które spadło z któregoś okna, i wszedłem do restauracji. Nagle podbiegł do mnie szef mojego ojca i zaczął coś krzyczeć do mnie i wymachiwać rękoma na wszystkie strony. "Zwariował!", pomyślałem sobie i usiadłem w kącie, gdyż szef nadal biegał od ściany do ściany i bełkotał coś pod nosem. Gdy znudziło mi się czekanie na ojca, wyszedłem na ulicę. Tutaj zaczęto mi opowiadać, co się stało. Jeden starzec, trzymając się za głowę, mówił, że wielki tygrys zeskoczył z dachu i pożarł koguta, który należał do sąsiada jego sąsiada, inny starzec zaprzeczał i mówił, że to człowiek przebrany za tygrysa zeskoczył z dachu i pożarł koguta; kobieta w niebieskiej sari mówiła, że tygrys najpierw ugryzł jej krowę, a potem zjadł koguta i jeszcze jakiegoś człowieka, kobieta w czerwonej sari opowiadała, że widziała, jak krowa jej sąsiadki kopnęła koguta, który tak naprawdę nie był kogutem tylko przebranym za człowieka tygrysem; kobieta w zielonej sari odważnie stwierdziła, że to krowa ugryzła tygrysa, a potem uciekła i zjadła koguta, który udawał człowieka. Pomyślałem sobie wtedy, że wszyscy powariowali i postanowiłem iść do domu, bo byłem już naprawdę głodny, gdy nagle przede mną stanął wielki tygrys. Wszyscy umilkli. Kot prychnął, przeciągnął się, najeżył sierść i przygotowywał do skoku. Nie zastanawiając się długo, wyciągnąłem z kieszeni pałeczkę, którą dostałem od cyrkowego magika i machnąłem nią w kierunku tygrysa. Zwierzę ułożyło się koło moich stóp.
- Leonie! Idziemy do domu! - Zawołałem do kota i wszedłem w boczną uliczkę, a tygrys posłusznie podreptał za mną.
Nieco skonsternowany najpierw spojrzałem podejrzliwie na Człowieka Bez Głowy, a następnie na Leona, który, siedząc na podłodze w kuchni, obgryzał kości niedopieczonego kurczaka.
- Ale to jest inny Leon? - Zapytałem.
- Dokładnie ten sam! - Człowiek Bez Głowy krzyknął entuzjastycznie, a kot oparł się wygodnie o ścianę, głośno beknął i zaczął masować swe wzdęte brzuszysko.
- Gdy wróciłem do domu, matka moja pakowała nasze rzeczy do dwóch tobołków - zaczął znów opowiadać. - Oznajmiła mi, że wyjeżdżamy do dalekiej rodziny do odległego kraju i czeka nas długa podróż. W ogóle nie zapytała o ojca, była jedynie zdziwiona tym, że pod moim krzesłem siedział duży rudy kot. Późnym wieczorem zaryglowaliśmy drzwi naszego domu i udaliśmy się za zachodzącym słońcem. Powędrowaliśmy szukać nowego i lepszego życia, powędrowaliśmy do kraju bogatego, gdzie rzeki miodem i mlekiem spływają, do kraju, który się Polska nazywa.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz